piątek, 1 września 2017

dwudziesty

„Mam w planach pokazać Cię światu” brzmiało tak bardzo poważnie. Aczkolwiek chociażbym się zarzekał i upierał, to i tak doprowadziłaby do tego dnia. Za wszelką cenę.
Oczywiście to zrobiła, ale ani trochę się nie spierałem. Ba, sam nakręcałem ją na tę imprezę, bo, w przeciwieństwie do mnie, Alessa potwornie narzekała. Może inaczej – nie byłem w stanie zrozumieć powodu jej narzekań. Oczywiście do czasu.
W piątek pierwszego kwietnia wylądowałem w Monachium, abyśmy sobotniego poranka transportowali się do Augsburga, gdzie odbywało się to przyjęcie.
Niejaki Schneider wynajął cały hotel dla swoich pracowników i innych gości, byleby ci przybyli jak najszybciej się da i mieli jak najlepsze warunki bytu, oraz możliwość przygotowania się do wieczora. Nieźle rąbnięty typ, no ale nie będę narzekał. Przynajmniej nie musiałem tłuc się w smokingu w samochodzie, wraz z obawą, że się pogniecie i narobię siary Alessandrze, a także sobie. Przy okazji nadarzała się też możliwość pomóc pannie Kleber wciskać się w to cudeńko, które sam jej kupiłem i o które prawie się pokłóciliśmy, bo ona nie chciała ode mnie prezentów, a ja wręcz to w nią wmusiłem. Na samą myśl o tej sukience i jej gorącej skórze, gorsza strona mnie z euforią zacierała rączki, oczekując tej atrakcji.
Tych narzekań na temat tego bankietu słyszałem od samego początku, jednak najlepszy tego element przyszedł w dniu imprezy... Nie powiem, że nie zaskoczyło mnie to.
- Ten bankiet to istne święto dla mojego prezesa - zaczęła tę samą gadkę stojąc przed lustrem w łazience i nakładając na twarz makijaż. Słyszałem to w ciągu miesiąca przynajmniej piętnaście razy, ale nawet teraz wysłuchiwałem tego z anielską cierpliwością. Nie wiem dlaczego. Po prostu słuchałem i czekałem, aż wyrzuci z siebie to wszystko. - Pojawiają się na nim nie tylko pracownicy z całego landu, ale także przedstawiciele firm, które z nami współpracują. Wszystko byłoby jeszcze znośne, gdyby nie to, że część oficjalna trwa maksymalnie godzinę, a potem zaczyna się ostre chlanie.
- Chlanie? - powtórzyłem zaskoczony. O tym mi dotychczas nie wspominała.
- Dokładnie. Sam Nono wie o tym najlepiej.
- Nono?
Zadawałem lakoniczne pytania, jakbym był jakiś niedorozwinięty, ale: a) żeby tak wielka osobistość w Niemczech pozwalała na takie alkoholowe zabawy swoim gościom? b) co tam w ogóle robił Nono?
- Pojawiał się ze mną na tych balach, to chyba logiczne - wyrwało mi się westchnienie. Rozumiem, nie chciała być tam sama, a mnie przecież nie było. - Logicznym jest też, że nie powiedział Ci o tym. Gdyby mógł, to wymazałby ten wyczyn, ale cóż, nie da się nic z tym zrobić.
- Niby jaki wyczyn?
Co on tam odjebał?
- W Monachium jest taka jedna idiotka, Livia Bauer. Nie umiem wytłumaczyć, jak ona to robi, że u nas pracuje, oraz jakim cudem faceci ślinią się na jej widok. Ale mniejsza, to kolejna z tych spraw, których podjąć powinni się ci z Archiwum X - zaśmialiśmy się. - Przechodząc do sedna. Ta Livia zbajerowała zalanego w trupa Nono tak bardzo, że prawie go przeleciała w kiblu. W trakcie imprezy oczywiście.
Wyszczerzyłem oczy, słysząc każde kolejne słowo. Wiedziałem, że Kodjoviemu zdecydowanie czegoś brakuje w życiu, ale żeby zrobić coś takiego na bankiecie, na który przyszedł z... przyjaciółką? Jak można urodzić się tak zjebanym człowiekiem?
- Za taki debilizm zerwałbym znajomość, serio - skwitowałem, wchodząc przez otwarte drzwi łazienki. Nawet nie zareagowała na moje pojawienie się, to malowanie tak bardzo ją zaabsorbowało.
- Był nieziemsko pijany, bo osoba towarzysząca Livii tak go załatwiła. Mam wrażenie, że byli w jakiejś zmowie, czy co. Ale okej, nie obchodzi mnie to, naprawdę. Nono ma karę i nigdzie z nim już nie wychodzę - zachichotała, odwracając się do mnie przodem.
Włosy miała upięte w jedną z fryzur zaliczających się pod miano tych misternych; tylko kilka pojedynczych pasm okalało jej twarz, ozdobioną ni to delikatnym, ni to mocnym makijażem. Ale żeby tak długo się malować?
Nie wiem, nie znam się na czymś takim, ale wyglądała cudowniej niż zawsze. Chociaż czy w ogóle to możliwe? Da się wyglądać... jeszcze piękniej?
Pod różowym szlafrokiem miała jedynie bieliznę, a ja paradowałem w rozpiętej koszuli i niedopiętych spodniach... Nie trwałoby to za długo...
Ale nie.
Mając na uwadze tę historię, jaką mi opowiedziała przed poprzednią „próbą”... Domyśliłem się, że żaden koleś nie widział więcej niż powinien. Przy żadnym typie nie chodziła w bieliźnie i szlafroku. Pewnie nawet w piżamach się nie pokazywała przed nikim...
Dlatego muszę rozegrać to o wiele inaczej. Aby było to dla niej coś wyjątkowego... Oczywiście jeśli w ogóle mi pozwoli na jakiekolwiek działanie.
Jej wargi na moim policzku sprawiły, że gwałtownie powróciłem na ziemię. Wyszczerzyła się triumfalnie, gdy tylko zobaczyła, że jej plan się powiódł.
- Teraz możesz pomóc mi z tą sukienką, na punkcie której tak bardzo oszalałeś - matko bosko, czy ona specjalnie tak zmodulowała swój głos, żebym zapragnął jej jeszcze bardziej? Brzmiała tak cholernie uwodzicielsko... I jeszcze była tego potwornie świadoma.
Zerknęła w dół, a jej twarz znów spowił triumfalny gest. Potem ruszyła przed siebie, zostawiając mnie samego w łazience. Nie musiałem tam zerkać, wiedziałem, co zobaczyła. A ten widok bardzo ją ucieszył.
- No halo, ile mam czekać? Przecież bankiet zaraz się zaczyna!
Od kiedy zaraz to godzina?
Poprawiłem spodnie, starając się nie zwracać uwagi na moją gorszą stronę i dołączyłem do niej. Rozpinała właśnie suwak pokrowca, w którym znajdowała się różowa masa tiulu i innego materiału.
- Jakim cudem wywęszyłeś moje rozmiary? - spytała, zdejmując plastikowy futerał. Spojrzała na mnie wyczekująco i nieco niepewnie, gdy rozpięła zamek sukni. Zbliżyłem się do niej, chwytając w dłonie kieckę.
- Myślę, że powinnaś wiedzieć skąd - mruknąłem, mając na myśli Nono. To on ma do niej najbliżej, Alessa, to przecież takie oczywiste!
- Wiedziałam, że Nono to świnia, ale żeby grzebał mi w szafie? - jęknęła, gdy ja zasuwałem zapięcie. Schwyciłem ją w biodrach, delikatnie obracając. Leżała idealnie. Alessa wyglądała idealnie. - Niech ja tylko wrócę do domu! Popamięta mnie, skurczybyk.
- I tak dobrze wiemy, że nic mu nie zrobisz - rzuciłem, przygarniając ją do siebie.
- Bo mnie powstrzymasz, żebym nie zmarnowała życia w więzieniu - znów szczerzyła się od ucha do ucha, a ja – przysięgam! – mógłbym już do końca życia obserwować ją w tym stanie.


 jeju, jak to już 20. rozdział?! przecież niedawno zaczynałam, wplatałam tam Ivana gdzie tylko się dało...:v zostało jeszcze pięć postów + epilog!

1 komentarz:

  1. Jaka sielanka na koniec, końcówka to istne cudo <3
    U Ciebie fanfik bez wplątania Ivana - to nie prawdziwy fanfik XDD
    Szkoda że zamierzasz już kończyć :( Ale czekam niecierpliwie na kolejny rozdział :*

    OdpowiedzUsuń