piątek, 25 sierpnia 2017

dziewiętnasty

Poczułam się pewniej, gdy Moritz zapewnił mnie, że mnie nie zostawi. I że będzie mówił, gdy coś będzie się działo. To mi pomogło odrzucić negatywne myśli i obawę, dając możliwość wykorzystaniu przymusowego urlopu tak, jak należy.
Muszę przyznać, że przez te dni w Dortmundzie stałam się okropnym leniem, ale co się dziwić? Leitner skakał wkoło mnie niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę, abym miała wszystko, czego potrzebuję. A tak naprawdę chciałam tylko go obok siebie... Go oraz pewności, że na pewno będzie dobrze.
W końcu jednak musiałam wrócić do rzeczywistości. Chorobowe już się skończyło, wyzdrowiałam. W niedzielne popołudnie już byłam w domu. Kompletnie zdrowa, jednakże bez jakiejkolwiek chęci i motywacji, aby wrócić do biura. W dodatku z każdą mijającą chwilą coraz bardziej stęskniona, chociaż od naszego pożegnania minęło kilka godzin, a nie dni, czy tygodni, jak ostatnio.
Z ciężkim bólem serca po pobudce pojęłam, że rozpoczął się tydzień pracy. Mozolnie zwlokłam się z łóżka i niechętnie poczłapałam do łazienki. 
Wzięłam chłodny prysznic, który sprawił, że trochę się rozbudziłam. Potem wykonałam resztę standardowych czynności, należących do porannych rytuałów niemal każdej pracującej osoby – ubrałam się, potem pomalowałam. Już w kuchni przyrządziłam sobie drugie śniadanie i zrobiłam kawę. Przez ten urlop odzwyczaiłam się od czegoś takiego... 
W drodze do auta minęłam się z Nono, który wracał z porannego biegu. Chwilę porozmawialiśmy, po czym ruszyłam dalej. Powstrzymały mnie dopiero korki, ale cóż – im większe miasto, tym więcej samochodów. Mimo to byłam przed czasem. Lepszy byłby kwadrans, niż dwie minuty, ale przynajmniej nie spóźniłam się w pierwszy dzień po wolnym.
Od wejścia słyszałam już rozmowy, podszeptywania i inne takie, dotyczące zbliżającej się, w dodatku jubileuszowej, rocznicy działania naszego prezesa w świecie architektury wnętrz. Co roku w pierwszy weekend kwietnia odbywa się bankiet, w którym udział biorą pracownicy z całego landu.
Współpracowniczki rozmawiały na temat wymyślnych kreacji, fryzur i wielu innych babskich tematów, wzajemnie sobie doradzając. Starałam się o tym nie myśleć, chociaż nie powinnam mieć do tej sprawy takiego podejścia. Planowałam pojawić się w tym roku z Moritzem, przerywając trzyletnią tradycję przyprowadzania tam Nono. Myślę, że przyjaciel zrozumie mój wybór, szczególnie uwzględniając swój wyskok z poprzedniej imprezy.
Chociażby dla niego musiałam wyglądać w miarę przyzwoicie. Nie chciałam przynieść Panu Piłkarzowi wstydu.
- A Ty, Alessandra? Myślałaś już nad swoim lookiem? W końcu miesiąc to naprawdę niewiele! - Maya swoją niesamowicie wymuszoną uprzejmością zaniechała mojego szatańskiego planu, jakim było niemal niezauważalne przemknięcie do swojego stanowiska pracy.
Zaklęłam w myślach, zatrzymując się w pół kroku. Rozmowa z nią i jej psiapsiółką, Livią, było ostatnim, o czym marzyłam. Naprawdę.
Gdy tylko na nią spojrzałam... Przed oczami zawitały mi obrazy z ostatniej imprezy, na którą składał się najebany w trzy dupy Nono i ona. Niewiele brakowało, żeby ta dwójka skończyła na szybkim numerku w kiblu. Dlatego, mając na uwadze tę sytuację, mam nadzieję, że Koussou bez zająknięcia odrzuci myśl o pojawieniu się w Augsburgu. Jeśli jednak okaże się większym debilem, niż jest w rzeczywistości, to wtedy zasięgnę po większą „broń”.
- Nie. Myślę, że mam jeszcze dużo czasu na zawracanie sobie głowy takimi pierdołami.
- A z kim przychodzisz? Będzie ten Twój przyjaciel? - panna Bauer zasypywała mnie pytaniami. - Z chęcią bym skończyła to, co zaczęliśmy rok temu - zaśmiała się, a ja w reakcji aż musiałam się czegoś podeprzeć. Że też ta suka ma tupet! Nie dość, że urodą nie grzeszy, to nie nadaje się do tej branży. Musi chyba regularnie dawać prezesowi, że ten jeszcze ją tu trzyma.
Byłam w biurze od góra pięciu minut, a już miałam dość. A to dopiero początek. Boże, dopomóż.
- Gdyby Kodjovi chciał to skończyć, jestem zdania, że skontaktowałby się z Tobą. Przecież swoją wizytówkę wepchnęłaś mu w majtki, nie pamiętasz? - puściłam jej oczko, przechodząc dalej. Z triumfem wymalowanym na twarzy zajęłam swoje miejsce i zajęłam się pracą. Tego chyba już nie pamiętała, skoro nawet nie podeszła i nie popisała się kolejnym marnym tekstem.

Dzień w pracy zleciał mi o dziwo szybko. Livia nawet na mnie nie spojrzała. I dobrze, chociaż byłam przygotowana na jej beznadziejne teksty. Aczkolwiek po co się zniżać do poziomu podłogi, gdy sięga się gwiazd, co nie?
Z ulgą znalazłam się w domu. Zdjęłam szpilki, potem spódnicę i żakiet, po czym z radością przebrałam się w dres, a rozpuszczone włosy splotłam w luźną kitkę. Jeszcze został mi makijaż, ale nim nie zawracałam sobie głowy – było go tak niewiele, że nawet mi nie przeszkadzał.
Zrobiłam sobie szybki obiad, z którym rozsiadłam się na kanapie. Włączyłam telewizor, aby grał w tle i sięgnęłam po laptopa, aby na poważnie zacząć myśleć o zbliżającym się balu.
Zakupy nie były czymś, co uwielbiałam, aczkolwiek człowiek musi w czymś chodzić. Przeglądałam coraz to kolejne strony internetowe, pełne masy tiulu, koronki i falbanek, w międzyczasie przegryzając chłodnawy obiad, kiedy na ekranie pojawiło mi się powiadomienie o nadchodzącym połączeniu na Skype.
Moritz.
Mój boże, ten to ma wyczucie...
Tak bardzo się zajęłam tymi pieprzonymi sukienkami, że zapomniałam się do niego odezwać. W pracy nie miałam czasu, bo trzeba było wdrożyć się w rytm po dwóch tygodniach absencji... A później zapomniałam.
Odebrałam połączenie jedną ręką, drugą pospiesznie przecierając twarz. Na pewno zdążyłam się ufajdolić, a nie chciałam wypaść przed nim źle.
- Hej, Mo - uśmiechnęłam się do kamerki, machając w jego stronę. Odpowiedział mi tym samym.
~ Nie odbierałaś, nie odpisywałaś... Zacząłem się niepokoić ~ brzmiał trochę chłodno, jednak gdy stwierdził, że nic mi nie jest, to się rozchmurzył.
- Miałam wyłączony telefon, to dlatego. Przepraszam.
~ Wybaczam ~ błysnął ząbkami. ~ Jak pierwszy dzień w pracy?
- Męczący. I to potwornie. A Ty? Jak u Ciebie?
~ Od kiedy wyjechałaś, zrobiło się tak... pusto. Przyzwyczaiłem się do Twojej obecności.
Z początku brzmiało to dobrze, bo oznaczało, że beze mnie mu dziwnie. Ale to „przyzwyczajenie”... zakuło. Potwornie bardzo zakuło.
Jednak nie dałam niczego po sobie poznać, nie chciałam, aby wzbudzał w sobie poczucie winy, bo jestem przewrażliwiona. Czas przejść do konkretów, Alessa.
- Masz może jakieś plany w pierwszy weekend kwietnia? - zaprzeczył. - To teraz już masz.
Wybuchliśmy śmiechem, który w moim przypadku brzmiał odrobinie sztucznie. Na szczęście się nie połapał.
~ Tak? Chcesz już mnie uprowadzić?
- Jeszcze lepiej! Mam w planach pokazać Cię światu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz