czwartek, 3 sierpnia 2017

siedemnasty

- Pojedź ze mną do Dortmundu... - usłyszałam we wtorek rano, kiedy tylko Mo bukował dla siebie bilet powrotny. Z racji jego powrotu było mi niezmiernie przykro, ale próbowałam nie pokazywać tego po sobie. Nie chciałam, żeby odczuwał poczucie winy, czy coś w tym rodzaju. Jestem dużą dziewczynką, a duże dziewczynki powinny rozumieć, że nie zawsze wszystko idzie po ich myśli.
Ale nie byłam w stanie tego zrobić.
W jego towarzystwie czułam się, jakbym unosiła się kilka metrów nad ziemią. Nie przejmowałam się tak naprawdę niczym – gdy był obok, byłam przekonana, że wszystko znajduje się na swoim miejscu.
Jednakże wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć, prawda? Jednak, czy to musiało nadejść akurat teraz? Przecież mam jeszcze półtora tygodnia wolnego... Jeśli poleciałabym z nim do niego, nie siedziałabym tu bezczynnie... Przepraszam, Nono.
Uśmiechnęłam się, siadając obok niego na kanapie. Objął mnie jednym z ramion, drugą ręką operował przy laptopie. Korciło mnie, aby podejrzeć, co tam kombinuje, ale nie chciałam, żeby miał mnie za jakąś dociekliwą. Powiedział, że bukuje bilety, to je go bukuje.
- Chcesz, żebym tam z Tobą poleciała? - z początku nie dotarło do mnie, jak wielki faux-pas popełniłam... Ta choroba zdecydowanie odbiera mi coś takiego jak myślenie. Albo Moritz. Albo i jedno, i drugie.
- Cholernie bardzo - szepnął, cmokając mnie w skroń. Wtuliłam się w niego, przez dłuższą chwilę nic nie mówiąc.
Wewnętrznie jednak już wiedziałam, co jest najbardziej odpowiednią decyzją dla naszej dwójki.
- Polecę tam z Tobą - powiedziałam cicho, pewnym tonem. Nie musiałam podnosić głowy, a nawet i wzroku, żebym wiedziała, jak zareagował na moją odpowiedź.

Siedziałam tuż obok niego na fotelu w samolocie. Obserwowałam widoki za oknem, co chwila spoglądając na siedzącego obok mnie Leitnera, który właśnie drzemał. Też powinnam się przespać, w końcu jest dość późno, a przed nami niemal cała trasa na linii Monachium-Dortmund.
Jednakże nie byłam w stanie chociażby przymknąć powiek.
Ekscytacja związana z „sekretnym” przejściem przez halę odlotów dała mi takiej energii, że nie byłam w stanie zasnąć. Zakapturzeni skradaliśmy się przez niemal całe lotnisko. Wyglądaliśmy, jakbyśmy byli poszukiwanymi złodziejami, albo kimś jeszcze gorszym, co tylko napawało nas jeszcze większą radochą. Śmialiśmy się niemal bez przerwy, co wyglądało u mnie z deka dziwnie, bo przez to o wiele częściej kaszlałam. A wtedy Mo śmiał się jeszcze głośniej.
Jednakże udało nam się przejść do naszego terminalu bez zbytnich zaczepek. Niemiec chciał być niewidocznym ze względu na swoją rozpoznawalność, ja – ponieważ z racji chorobowego nie powinnam była wyściubiać nosa chociażby przez okno. A co robiłam? No właśnie.
Dla zabicia nudy wyciągnęłam telefon i włączyłam jedną z gier, które były na nim zainstalowane. Kiedy okazała się zbyt nudna, postanowiłam posłuchać muzyki i zobaczyć, co dzieje się w internetowym świecie. Nucąc pod nosem piosenki Toniego przeglądałam Facebooka. Na stronie BILDa natknęłam się na artykuł... dotyczący obecnej sytuacji Moritza. Autor tekstu jawnie krytykował politykę niejakiego Tuchela, trenera Borussii Dortmund, i sugerował, że najlepszym wyjściem dla obu stron jest odejście piłkarza. A lista potencjalnych drużyn nie ograniczała się tylko do klubów z Niemiec...
Nie wiadomo czemu, ale zaczęłam drżeć. Nie, to się nie wydarzy, Mo nie odejdzie. Przynajmniej nie bez słowa... Prawda? Nie zrobi tego ponownie. Nie po tym wszystkim.
Wyłączyłam portal jak najszybciej się dało, co i tak nie uchroniło mnie przed strachem. Dlaczego nic mi nie powiedział o swojej obecnej sytuacji w zespole? Gdy grał w TSV byłam pierwszą – nawet wiedziałam o tym jeszcze szybciej, niż jego mama – która wiedziała o jego problemach. A teraz? Dlaczego ukrywał to przede mną?
Znów na niego spojrzałam. Był taki spokojny, jeszcze uśmiechał się przez sen. Obecnie był niczego nieświadomy... Mimowolnie rozczulał mnie ten widok. Delikatnie dotknęłam jego policzka dłonią, widząc, jak prawy kącik jego ust drga i unosi się do góry.
Jednak ten widok na nic się nie zdawał. Nadal nic nie zmieniał – ciągle się bałam, moją głowę ciągle przeszywały uporczywe myśli, które schodziły się do jednego.
Jaki sens ma to wszystko, gdy... gdy tak po prostu mi nie ufa?

- Moritz... - szepnęłam, zaciskając dłonie na jego ramionach. Biedak spał jak zabity, a my niedługo mieliśmy podchodzić do lądowania w Dortmundzie... No trudno, ja go z samolotu wynosić nie będę.
- Mamo, zostaw - jęknął, przekręcając głowę w moją stronę, po czym otworzył oczy. Przetarł je, po czym niemal nie podskoczył w miejscu. - Jeju, Alessa - ziewnął, przysłaniając sobie buzię dłonią.
- Cześć, Mo - zaśmiałam się, widząc rozkojarzenie w jego oczach. - Wyspany?
- Nie za specjalnie - podrapał się po głowie.
- Zapnij się, zaraz będziemy lądować - wykonał moje polecenie, po czym złapał za rękę i odchylił głowę. - Tylko nie zasypiaj, nie wyciągnę Cię z samolotu.
Tym razem także nic nie odpowiedział, tylko splótł nasze palce razem.
Kilkanaście minut później powtórzyliśmy proces z lotniska z Monachium, ponownie bawiąc się w ninja. Tym razem było trochę kłopotów, bo zostaliśmy nakryci, jednakże nikt nie podszedł – wszyscy bardzo się spieszyli, nie tylko my.
- Co za ulga - rzucił Mo, gdy już siedzieliśmy w jego aucie. Zaparł się, że będzie prowadził, chociaż pół godziny temu jeszcze spał w najlepsze. - Jeszcze dobry kwadrans i będziemy w łóżeczku.
W sumie to dobrze, że prowadził, bo w czasie jazdy moje rosnące zmęczenie osiągnęło swój szczyt i i o mały włos, a tym razem to ja bym zasnęła. Próbowałam mieć otwarte oczy jak najszerzej się dało, bylebym jeszcze nie zasypiała.
Tym razem to mnie ogarnęło uczucie ulgi, gdy Leitner otwierał drzwi od swojego mieszkania.
- Zaprowadzę Cię do łazienki, gdzie się odświeżysz, okej? - leniwie skinęłam mu głową, sięgając do walizki po kosmetyczkę i rzeczy na przebranie. Potwornie mi się nie chciało, aczkolwiek nie przystało tak się zachowywać nie u siebie.
Niedługo potem stałam już kompletnie naga i moje ciało smagał strumień ciepłej wody, lecącej z prysznica. Nie za gorącej, za zimnej też nie, chociaż ta druga byłaby mi bardziej potrzebna, żebym mogła jakkolwiek ogarniać. Mozolnie wcierałam w siebie żel do ciała, próbując pobudzić mięśnie do pracy.
Nie wiem, ile tam stałam, ale w końcu zebrałam się na tyle, żeby móc opuścić kabinę. Gdy się wytarłam, założyłam piżamę, a także nałożyłam na twarz krem na noc. Miałam nadzieję, że mój widok go nie wystraszy i nie przyprawi o traumę oraz koszmary senne.
Przeżyłam „miłą” niespodziankę, gdy w salonie na kanapie, zamiast Moritza, ujrzałam kartkę z jego bazgrołami. Pisał mi w niej, że zgłodniał i skoczył po coś ciepłego do jedzenia. Wzniosłam oczy ku sufitowi, a następnie w oczekiwaniu na niego włączyłam telewizor.



minęło niemal pięć tygodni. 
(dokładnie 34 dni, nie pytajcie, czemu liczę, niektórzy wiedzą :v)
miałam jeszcze trochę nic nie publikować, ale z racji tego, że już powoli kończę pisanie tego ff, zdecydowałam się wrócić. 
w przyszłym tygodniu rozdział też będzie w czwartek, z racji początku mojego krótkiego urlopu i, mam nadzieję, wyjazdu życia.

5 komentarzy:

  1. Hej siostra!
    A gdzieś to siostra się wybiera na wyjazd życia? :D
    Początek tego rozdziału to trochę jakby.. odzwierciedlenie tego co się działo w moim życiu ostatnimi czasy, więc.. utożsamiam się z Alessą! Tyle, że ona zdecydowała się lecieć.. ;))
    Pozdrawiam ;**

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdybym miała teraz taką możliwość jak Alessa to, wiesz jakbym zareagowała. Także...dobrze, że poleciała :D czekam na kolejny ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że postanowiła lecieć, pewnie tak samo bym zrobiła :D Najważniejsze że są razem <3 I mam nadzieje, że będą już do końca :3
    Czekam na kolejny z niecierpliwością :*

    OdpowiedzUsuń
  4. jejku, dobrze że postanowiła jednak lecieć cieszę się!!! szkoda by było gdyby się nie zgodziła ehh ;;
    czekam na kolejny!

    OdpowiedzUsuń