piątek, 30 czerwca 2017

szesnasty

Pospiesznie otworzyłam oczy, gwałtownie zrywając się do pozycji siedzącej. Cholera, to tylko sen, pomyślałam, donośnie oddychając z ulgą. Powoli opadłam na poduszki, biorąc kilka głębszych wdechów i jeszcze wolniej wydmuchując z siebie powietrze.
Nie myślałam, że po opowiedzeniu Mo – nawet jeśli to było uogólnione – tej historyjki z imprezy... Nie spodziewałam się, że to wszystko tak nagle wróci...

2011, Monachium


Nastał początek nowego roku. Roku, który naprawdę nie zaczął się przyjemnie. Czułam, że wraz z jego decyzją utraciłam siebie. Z chwilą, gdy dowiedziałam się o jego wyjeździe, odeszło niemal wszystko. 
Spędzałam długie, zimowe wieczory w zaciszu swojego pokoju, naprawdę rzadko z niego wychodziłam. Jednakże nie byłam wówczas sama. Był przy mnie on, jego przyjaciel. 
Po prostu siedział tuż obok mnie i nic nie mówił. Czasem przynosił coś słodkiego, aby „osłodzić” mi smutki tego wszystkiego. 
Ale to nie pomagało.
Rodzicom swoje zachowanie tłumaczyłam nawałem nauki. Kiedy Nono przychodził, to myśleli, że uczymy się razem. Zawsze przy nich przyklejałam sobie na twarz sztuczny uśmiech, aby niczego się nie domyślili. Nie mogli. Nie chciałam, żeby wiedzieli, że... że poczułam coś więcej.
Tego wieczora przyszły po mnie dziewczyny. To z nimi najczęściej imprezowałam, zanim natrafiłam w klubie na Leitnera. Później chodziliśmy w grupie, albo po prostu inscenizowaliśmy „spotkanie”. Julia podobała się Nono, a on jej, także wszystko było ułatwione – Mo miał czas dla mnie, a Kodjovi szalał z Julią. Oczywiście do czasu. Kiedy pojawiła się Lisa... Wszystko diametralnie się zmieniło.
Ale do rzeczy.
Nie chciałam tam jechać, to miejsce wyjątkowo źle mi się kojarzyło. Ciekawe czemu, prawda? 
Aczkolwiek ostatecznie zostałam wręcz zmuszona do wyjścia z domu – nie chciałam złamać się i przed mamą, i przed dziewczynami. Dlatego musiałam grać.
Swoje pierwsze kroki skierowałam do baru. Kupiłam sobie drinka, aby choć trochę dodać sobie odwagi i przekonać się, że dobrze robię, że tu siedzę.
Po jednym poszedł drugi, a po drugim... Pojawił się on. 
Na początku zachowywał się kulturalnie – po prostu usiadł tuż obok i zamówił sobie to samo co ja. Zagadał, przedstawił się... Wydawał się normalny. Siedząca obok mnie Madeline niemal nie podskakiwała na krzesełku, kiedy tylko Markus, ten chłopak, ze mną rozmawiał.
Na jego twarzy najbardziej charakterystyczny był uśmiech – szeroki, ukazujące idealnie prościutkie, białe zęby. Miał delikatnie zarysowaną linię szczęki, prosty, niezbyt duży nos i piękne, szare, niemal białe, oczy. Wyglądał na góra dwadzieścia lat. Naprawdę dobrze mi się z nim rozmawiało. Oraz piło, bo postawił mi przynajmniej dwa kolejne drinki.
Kiedy poszliśmy na parkiet, nic nie wskazywało na jego niecne zamiary. 
Z początku tańczyliśmy normalnie, nie przeszkadzało mi nawet to, że trzymał się tak blisko mnie. Miło było być adorowaną.
Jednak później... Zaczął przesadzać.
Jego ręce znikąd znalazły się na moich biodrach i przycisnęły mnie do niego. Dopiero wtedy zauważyłam, że był wyższy ode mnie przynajmniej o głowę. To jeszcze nie było najgorsze – jego ręce pewnie krążyły po moich plecach, przesuwając się bliżej tyłka... a potem pod bluzkę.
Momentalnie zamarłam, czując, że cały nagromadzony we mnie alkohol właśnie się ulotnił. Ten nawet nie zauważył mojej reakcji, tylko na domiar złego przycisnął swoje usta do mojej szyi. Próbowałam się wyszamotać, co z początku szło mi naprawdę niemrawo – był silniejszy i większy, a w dodatku nietrzeźwy. Uszczypnął mnie zębami, ściskając w dłoniach moje pośladki.
- No, mała, nie wstydź się - mruczał, sunąc nosem po drżącej skórze. - Takie jak Ty najbardziej tego chcą.
No chyba zwariował. 
Mój strach przerodził się we wściekłość, a w żyłach zabuzowała adrenalina. Dłoń zacisnęła się w pięść, która zatrzymała się na jego policzku, podobnie jak kolano na jego najczulszym miejscu. Zawył z bólu, a ja byłam uwolniona. Uciekłam z klubu jak najszybciej się dało. Uciekłam i obiecałam sobie, że już nigdy tam się nie pojawię. 

2016, Monachium


Chociaż od tej sytuacji minęło pięć lat... Chwilami nadal to do mnie wraca. To dlatego na dobrą sprawę nigdy nie posunęłam się z żadnym chłopakiem, czy też mężczyzną, o krok do przodu. Ten najważniejszy w sferze intymnej, czy też miłosnej. To brzmi tak głupio, a w dodatku wygląda żałośnie. Mieć prawie 24 lata i... I nadal być dziewicą.
Powiedzenie tego, chociażby w myślach, wywołało we mnie rosnące zawstydzenie. Ale nie jestem w stanie się przełamać. Nie teraz, po prostu nie teraz. Nie powiem mu, bo na pewno mnie wyśmieje.
Ale... Naprawdę nigdy z żadnym facetem nie czułam się choć w połowie dobrze, jak przy nim. Jednak nim się przełamię... Nie wiem, czy mi się to uda. 

Kiedy w miarę się ogarnęłam, opuściłam swoją sypialnię. Moritz siedział na kanapie i oglądał telewizję, zagryzając wafle.
Podeszłam do niego jak najciszej się dało i nachyliłam, zakrywając mu oczy. Wybuchł gromkim śmiechem, na oślep wyciągając ręce przed siebie, aby mnie złapać. Przeciągnął mnie na siebie, pewnie, a z drugiej strony bardzo delikatnie, trzymając. Przesunęłam swoje dłonie na jego szyję, przybliżając swoją twarz do jego. Subtelnie musnęłam jego wargi, skradając kilka słodkich buziaków.
- Wyspałaś się? - spytał, gładząc mnie po włosach. Nadal czułam na swoich ustach jego, przez co, gdy zadawał to pytanie, złożył kolejne krótkie całusy.
- Tak - podrapałam go za uchem, a ten dał mi kolejnego buziaka, tym razem dłuższego i bardziej pewnego. Jego język przejechał po moich ustach, po chwili trafiając tam, gdzie chciał. 
Dłuższą chwilę oddawaliśmy się czułości, jednakże nagle przerwał pocałunek, odrobinę się odsuwając, jakby to, co robił, było przynajmniej nieodpowiednie. 
- Gdy spałaś, to wpadł Nono. Kazał przekazać, że później wpadnie.
Miałam dziwne wrażenie, że to nie był główny powód wizyty przyjaciela, aczkolwiek nie chciałam się w to zagłębiać.
- Wzięłaś dziś leki? Jesteś głodna? - wywróciłam oczami, z drugiej strony zachwycając się tą troską. Niby to takie trywialne, ale... słodkie. Potwornie słodkie!
- Która godzina?
- Siedemnasta trzydzieści - kiwnęłam głową, przypominając sobie jak wygląda rozpiska lekarstw, wisząca na lodówce. - Co chcesz zjeść?
- Mo... Jesteś moim gościem, poradzę sobie. 
- O nie, kochana. Jesteś pod moją opieką - powiedział jak najbardziej poważnie, po chwili po raz enty muskając moje usta swoimi.


to chyba ostatnie wspomnienie. albo i nie, nie wiem jeszcze XD
maturzystki moje, kto dziś oblewa sukces z maja? :3

5 komentarzy:

  1. Chyba Markusy to takie złe chłopaki... :p no ale wracając - szkoda mi Al, że musiała przeżyć taką sytuację, ale myślę, że niepotrzebnie się martwi o to, że nie zrobiła "kroku do przodu". To nie wyścigi i Mo na pewno ją zrozumie (oby on, błagam)
    Czekam na kolejny ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem siostro :)
    Ja oblewam sukces! A w sumie to już oblałam, teraz czekam na wyniki rekrutacji na studia :D
    Opowiadanie.. hmm, naprawdę biedna ta nasza bohaterka, ale no niech się nie martwi! Taki krok do przodu to jakby nie było poważna decyzja i warto poczekać na odpowiednią chwilę przecież :)
    Czekam na kolejny!
    Buziaki ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, niech ona się nie zamartwia tam na zapas! Na wszystko przyjdzie odpowiednia pora, nie ma się co spieszyc a i jestem pewna, ze Mo to zrozumie...No bo musi, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  4. Oby Moritz ją zrozumiał i nie okazał się cholernym dupkiem :(
    Niech się dziewczyna nie martwi, przecież nie musi tego już robić, nic się nie stało wielkiego, na pewno jeszcze przyjdzie na to czas. :)
    Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy! <3

    OdpowiedzUsuń