Po moim powrocie do Dortmundu trochę się działo i to niekoniecznie tego dobrego. Al – w moim mniemaniu – stała się jakby... ostrożniejsza. Jakby nad każdym wypowiedzianym, czy też napisanym, słowem zastanawiała się kilkanaście razy. W porównaniu do tego, co działo się w Monachium... Byliśmy w głębokim regresie.
Jednakże nie byłem w stanie zaradzić na tę sytuację – panna Kleber pracowała niemal od rana do wieczora, a ja... trenowałem, wieczorami rozmyślając na temat mojej piłkarskiej przyszłości.
Denerwowała mnie ta sytuacja, ale przy wszystkich udawałem, że rozumiem decyzje trenera i cierpliwie czekam na swoją szansę, aby pokazać się Tuchelowi, zarządowi, a także kibicom. Pokazać, że jednak jeszcze umiem grać.
Pomimo tego, że tak naprawdę miałem tego wszystkiego coraz bardziej dość. Moja kariera w Dortmundzie nie miała zbyt wielkiej przyszłości – Thomas nie widział dla mnie miejsca w swoim schemacie. Chyba że jako swoista „zapchajdziura”.
Pomimo tego, że tak naprawdę miałem tego wszystkiego coraz bardziej dość. Moja kariera w Dortmundzie nie miała zbyt wielkiej przyszłości – Thomas nie widział dla mnie miejsca w swoim schemacie. Chyba że jako swoista „zapchajdziura”.
Poza sytuacją zawodową dochodziły też rozterki bardziej prywatne, schodzące się do jednej osoby: Alessandry. To wszystko wyglądało tak, jakbyśmy znów się od siebie oddalali. Oddalali w chwili, kiedy poczułem, że wszystko zaczyna wychodzić na prostą, że w końcu dostałem coś od życia... Coś, co równie szybko zostało mi „odebrane”... A ja przez swoje obecne położenie nie mogłem nic zrobić. Mimo iż nie grałem, to nie mogłem tak nagle i bez powodu wyjechać z Dortmundu, aby stanąć przed drzwiami jej mieszkania z kwiatami/czekoladkami/czymkolwiekinnym... Nie mogłem tam stanąć i znów spojrzeć w jej piękne brązowe oczy, czy znów poczuć smak jej ust... Mimo, iż czułem, że to nie było właściwe, bo na dobrą sprawę nie wiedziałem, na czym stoję. Na czym oboje stoimy...
Tak naprawdę nic nie wiedziałem.
***
Tak zleciał okres przygotowawczy i ruszyła runda rewanżowa. Wierząc statystykom, to w pięciu styczniowych spotkaniach rozegrałem... prawie 250 minut. Wow, to też poszalałem na boiskach...
Od początku lutego w głowie rodziła mi się myśl, co zrobić, aby móc znaleźć się w Monachium. Jednakże –jak to ja – nie byłem w stanie wymyślić niczego sensownego... Cóż, wybawienie przyszło przez dość niecodzienną formę, dzięki Kodjoviemu.
Dzień przed domowym meczem z Hannoverem dostałem od niego telefon. Na dzień dobry złapałem srogi opieprz, że zachowuję się jak dziecko zostawione w wielkim sklepie i nie wiedzące, co zrobić.
Dobrze wiedziałem, że dostawało mi się przez sytuację z Alessą. Alessą, która przez najbliższe dwa tygodnie jest tak jakby zamknięta w swoim mieszkaniu przez chorobę, w jaką się wpędziła. A mówiłem jej, żeby poszła wcześniej do lekarza! Mówiłem, żeby została ten dzień, czy dwa, w domu, choć trochę się wykurowała... Panna Kleber oczywiście wie lepiej. Aczkolwiek... Dzięki temu miałem okazję.
Tuchel znów pokazał mi, że nie widzi mnie w tym meczu. W dodatku chłopaki zaczęli pociągać nosem, kasłać, smarkać się i tym podobne, co tylko pozwalało mojemu małemu kłamstewku brzmieć jeszcze bardziej prawdopodobnie.
W sobotę rano wielce chory ja wykonałem telefon do trenera, obwieszczając mu, że złapałem wirusa i, choćbym chciał, to po prostu nie mogę podnieść się z łóżka. Przy tym starałem się z całych sił brzmieć jak obłożnie schorowany człowiek, który ledwo co palcem u nogi rusza... Cóż, kupił to. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Może i lepiej dla niego, że nie musi się na mnie patrzeć? Może po zakończeniu rozmowy ze mną zaczął skakać po pomieszczeniu, w jakim był, jak mała dziewczynka, że nie musi udawać, że przyjdzie taki mecz, kiedy zagram? Nie wiem, nie interesowało mnie to. Ważniejsza była realizacja mojego planu.
Walizkę spakowałem jeszcze poprzedniego dnia, kiedy jednocześnie bukowałem bilet na najbliższy samolot do Monachium. Miałem nadzieję, że ta babka, z którą rozmawiałem, nie wywęszyła mojego fortelu i nie doniesie szmatławcom, że to nie choroba, a przylot do Monachium spowodował moją absencję w kadrze Borussii.
Dwie godziny po telefonie do Tuchela, zakapturzony i odziany w okulary słoneczne przemierzałem halę odlotów, kierując się w stronę swojego samolotu, od którego oddzielała mnie tylko odprawa. Tam musiałem pozbyć się swojego „kostiumu”, aczkolwiek pani, która zajmowała się sprawdzaniem pasażerów, chyba mnie nie rozpoznała, co było mi na rękę.
Blisko dziewięćdziesiąt minut później stawiałem już pierwsze kroki na monachijskiej ziemi. Na moich terenach. Mimo wszystko to to miasto jest mi najbliższe. To tu dorastałem, przeżywałem swoje pierwsze przypały, przygody... Tu poznałem najbliższe mi osoby... Tu mogłem być sobą.
Na przyjaciela czekałem jakieś dziesięć minut. Próbował wyglądać serdecznie, jednakże w jego oczach widziałem cień chęci mordu. Przepraszam, co ja już takiego zrobiłem?
- Kupiłeś kwiaty, tak, jak prosiłem? - skinął mi głową, otwierając drzwi od strony kierownicy. Westchnąłem ciężko, także zajmując swoje miejsce. Zerknąłem na tylną kanapę. Postarał się. Chociaż i tak kwiaty to nie za dobrą metoda na wkupienie się w jej łaski... Cóż, dlatego też tu jestem.
- Dziwnie się zachowywała w czasie, kiedy się widzieliśmy - zaczął Koussou, kiedy jechaliśmy do ich bloku. - Chwilami była nieobecna, często smutna, chociaż udawała, że wszystko jest okej, ukrywając to pod sztucznym uśmiechem. Jednak ja to wyczułem, nie znam jej od dziś.
- Mówisz to po to, abym zaczął siebie obwiniać, tak?
- Dokładnie tak - świetnie, po prostu zajebiście. Aczkolwiek swoją biernością zasłużyłem na coś takiego.
- Nono, nie chcę, żeby było pomiędzy nami źle, bo u mnie z Alessą nie jest dobrze.
- Nie jest źle. Po prostu martwię się o swoją przyjaciółkę, wiesz? Widziałem ją w gorszym stanie, ale to właśnie zaczynało się od tego, co jest teraz... Mo, kurwa, nie macie kilkunastu lat, nic nie stoi między wami, oprócz Was samych.
Dobrze wiedziałem, co kryje się pod „gorszym stanem”... Dobrze wiedziałem, że to od razu nie odejdzie. Ale co mogłem zrobić ponurym wspomnieniom?
Jedyną metodą chyba było zastąpienie tych przeżyć czymś innym, lepszym. Ale jak mogłem to zrobić, kiedy między nami była połowa kraju?
Nie żebym nie miał nadziei, że te dni, kiedy będę stymulował chorobę, coś zmienią... Chciałbym, żeby tak było. Za bardzo zależy mi na tym, żeby było pomiędzy nami dobrze...
- Leites! - słysząc to, poczułem jak Koussou trzęsie moim ramieniem. - Ziemia do Leitnera!
Zamrugałem gwałtownie, odrywając się od rozmyślań. Wyglądał już na bardziej rozluźnionego, ba, zaczął przypominać tego Nono, jakiego znam od dzieciaka.
W jednej dłoni ciągnąc walizkę, a w drugiej trzymając ogromny bukiet białych i różowych róż przemierzałem wraz z Kodjovim kolejne piętra, dopóki nie dotarliśmy pod to, gdzie oboje mieszkają.
- Powodzenia - poklepał mnie po ramieniu, po czym zniknął w swoich czterech kątach.
No dajesz, Leitner. Pokaż, że Ci zależy.
pozdrawiam z pracy!! normalnie byłabym dopiero wieczorem, ale wykorzystam fakt, że mamy komputery i internet i poszaleję. XD
no i jak, uda się temu Mo pokazać, że mu zależy?

Jestem :)
OdpowiedzUsuńNo.. według mnie powinno się udać pokazać, że mu zależy. Ale nigdy nic nie wiadomo :D
Wybacz Kochana, ale nie potrafię tutaj pisać składniejszych komentarzy, bo Ci Państwo tutaj nic mi nie mówią :D Poznaję ich dopiero teraz.. to nie moja dziedzina i dlatego :D Ale staram się!
Pozdrawiam, buziaki ;*
❤❤❤
OdpowiedzUsuń