piątek, 31 marca 2017

trzeci

Wracam. Na stałe wracam tam, gdzie żyły wszystkie moje dotychczasowe wspomnienia. Naprawdę rzadko odwiedzałam Monachium. Nie byłam w stanie się przezwyciężyć. Byłam tchórzem.
Po jego wyjeździe jedynym, o czym marzyłam, było odcięcie się od życia, jakie dotychczas wiodłam. Od tego szczeniackiego zauroczenia, które nie miało sensu. Nie udało mi się, bo nadal chcę wiedzieć o nim wszystko. Nadal jak go widzę w telewizji, to czuję drżenia ciała. Jest źle, zdecydowanie.
Przerwane w Monachium studia kontynuowałam i skończyłam w Norymberdze, tam też pracowałam w zawodzie  jestem architektem i projektantem wnętrz. Spełniłam swoje marzenie, bo zawsze kochałam to robić. Jednakże kiedy szef zadecydował, że przeniesie mnie do filii firmy znajdującej się w Monachium... Wahałam się. Naprawdę. Chociaż dobrze wiedziałam, że już tam nie mieszka. Przyjeżdża okazjonalnie, żeby odwiedzić rodziców, czy Nono, z którym także utrzymuję stały kontakt. To on pomagał mi się zebrać po wyjeździe Moritza. To on wie o tym wszystkim... Ale ufam mu i wiem, że Moritz jest niczego świadomy.
Teraz też pomagał mi z przeprowadzką. Czystym przypadkiem miałam być jego sąsiadką.
- Cześć, przyszła sąsiadko - pocałował mnie w policzek, mocno do siebie przytulając. Poczułam jak moje stopy odrywają się od ziemi. - Znowu przytyłaś.
- A Ty zmalałeś - odparłam mu pięknym za nadobne. Dużo żartowaliśmy, często sobie docinaliśmy, ale żadne z nas nigdy się za to nie obrażało. Zachowywaliśmy się jak typowi przyjaciele.  
- To boli tak bardzo, że aż wcale - wybuchliśmy śmiechem. Zaraz, zaraz... Trzy śmiechy? Zmarszczyłam brwi i spojrzałam się na niego pytająco, po czym za jego plecy. Za nim czaił się zanoszący się ze śmiechu brunet, o trochę przy długiej grzywce.
- Chyba foch już mu przeszedł - Nono mruknął mi to na ucho. - Bo się obraził, jak przyjechałem do niego i powiedziałem, że jedziemy do Ciebie, bo potrzebujesz pomocy.
- Co mówisz? Jeszcze ciszej, bo nie słyszę - rzucił z ironią. - Nie słuchaj go, jak zawsze kłamie.
- Proszę mi tu przyjaciela nie obrażać - pogładziłam go po głowie, przyciskając do swojej piersi.
- Więc tak to się mówi? - poruszył zabawnie brwiami, a my znów wybuchliśmy śmiechem. Koussou w końcu wypuścił mnie ze swojego uścisku.
- Kneza, mocno bolało, jak zleciałeś z tej choinki?
- Nono, nie pastw się tak nad dziećmi! Wchodźcie i czujcie się jak u siebie. Tylko nie przestraszcie się tych kartonów - zażartowałam, przechodząc w stronę kuchni. - Coś ciepłego do picia? Przygotowywałam akurat gorącą czekoladę.
- Jasne! - zawołali zgodnie, a ja wróciłam do pomieszczenia i wzięłam się do roboty. W radio, jakie sobie włączyłam, cicho pogrywały jeszcze świąteczne piosenki.
Dookoła leżały popakowane w kartonach różne przyprawy i naczynia, jakie zwykłam używać. Na szczęście nie musiałam kłopotać się z meblami, do przewiezienia miałam tylko i wyłącznie swoje rzeczy. W sumie to aż, bo uzbierało się tego naprawdę sporo. W sumie dobrze, że Kodjovi wziął ze sobą Ivana – notabene kolejną osobę, która przypominała mi o Leitnerze  bo gdyby nie on, to byśmy się męczyli z tym znacznie dłużej.

- Więcej tych rzeczy mieć nie mogłaś, co nie? - jęknął mój przyjaciel, targając ze sobą kolejne kartony. W ciągu godziny uporaliśmy się z połową rzeczy. Mój samochód już był pełen, teraz pora na zapełnienie wozu mojego przyszłego sąsiada.
- Ty się ciesz, że nie mieszkam na ósmym piętrze, tylko na parterze.
- Do końca życia będziesz mi wdzięczna za to, co dla Ciebie robię - chociaż wypomina mi to w żartach, to i tak jestem mu wiele zawdzięczam. Bo gdyby nie on, to nie byłabym jednym z najlepszych architektów w Bawarii. Gdyby nie on, to byłoby zdecydowanie źle...
- Mówiłeś mi o tym już wystarczająco dużo razy, niedługo te słowa wytatuuję sobie na czole - słuchający tego wszystkiego Ivan znów wybuchł śmiechem. - Jak on się zabije na tym lodzie, to będziesz winien jego śmierci.
- No tak, bo przecież to ja go tu przywiozłem, aby targał z nami TWOJE rzeczy - przez chwilę jeszcze słyszeliśmy śmiech, a potem głośne łupnięcie i srogie „kurwa!”. - No i masz za swoje - rzeczy, jakie niósł Nono leżały na ziemi, a sam się zwijał ze śmiechu.
- To ja wykrakałam, czy Ty, co? - postawiłam swoje kartony i popędziłam w stronę poszkodowanego.
- Ha ha, potwornie śmieszne - wywrócił oczami, a ja wyciągnęłam ręce w jego stronę. - Zobaczymy, kto będzie się śmiał, jak z mordą wylądujesz zaraz w tamtej zaspie - nim je złapał, to wskazał palcem na pobliską kupę śniegu, w której zwykły się bawić dzieciaki z osiedla.
Już prawie stał, kiedy... Kiedy ja się poślizgnęłam i uderzyłam tyłkiem o twardą, lodowatą skałę. A on obok mnie. Wtedy to Koussou zaczął wyglądać tak, jakby zaraz miał się posikać ze śmiechu...
- Widzisz, jaki on jest? Użeram się z gościem od ponad dziewięciu lat*... A z każdym kolejnym dniem jest coraz gorzej - pokręcił ze zrezygnowaniem głową, a ja się zaśmiałam. Dobrze wiem, jaki jest. Sama znam go tyle samo czasu. To, że przyjaźnimy się od czterech nie daje żadnej różnicy. Ale to w nim uwielbiam – zawsze potrafił mnie rozśmieszyć. Nawet jak miałam dość wszystkiego i wszystkich.
Odepchnął kartony z taką siłą, że zatrzymały się dopiero na samym końcu małego lodowiska, które pojawiło się dzisiejszym porankiem. 
- Podejmujemy kolejną próbę podniesienia się, czy dalej odmrażamy siedzenia?
- Trzeba wstać, ktoś musi doprowadzić go do pionu i skończyć przenoszenie rzeczy w miarę wcześniej. Jeszcze dziś chcę być w Monachium.
Tak naprawdę to nie chciałam. No ale co miałam powiedzieć?

Po kolejnej godzinie samochód Kodjoviego pękał w szwach, wypełniony moimi rzeczami.
- Odwiozę Ivana, za góra pół godziny jestem - zabrzmiał niczym ojciec, naciągając na ramiona kurtkę.
- Dobrze, tatusiu.
- Do zobaczenia, Alessandro. Mam nadzieję, że to nie nasz ostatni raz - rzucił z uśmiechem Ivan.
- Skądże znowu! Teraz nie będę miała żadnych wymówek, żeby nie spędzać czasu z tą małpą - wspomniany przeze mnie donośnie fuknął, pokazując, że tu jest i wszystko słyszy. - Też Cię kocham, małpeczko. Jedźcie ostrożnie, żeby nie było takich wypadków jak popołudniem.
Chłopacy opuścili mieszkanie, a ja dopakowałam ostatnie kubki i szpargały, jakie pozostały.
Było pusto. Nawet jeśli stały tu praktycznie wszystkie meble. Po spakowaniu ostatnich obrazków i figurek poczułam, jakby to mieszkanie opuściła większa część mnie. Ale cóż, sama tego chciałam. Mogłam odmówić i... dalej uciekać przed przeszłością.


*trochę naciągnęłam, bo dziewięć lat temu (licząc od 2015 to było to 2006 rok) to Ivan kopał w Schaafheim

wiem, nie byłabym sobą. cała trójca święta będzie przewijać się przez większość tej historii, hehe

5 komentarzy:

  1. Oni są niemożliwi :p mam nadzieje, ze to opowiadanie bedzie właśnie takie...utrzymane w radosnym klimacie :D btw. cóż za niespodzianka, że jest tu też Ivan hehe :p

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlaczego smieje sie jak chora, bo wyobrazam sobie to wspaniale lodowisko, kartony i te malpki
    Ps mam smaka przez Ciebie na goraca czekolade / zla Wike

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej.. już nie siostro, chociaż może niedługo znów siostro :D
    Przybywam (jak zwykle) nieco później, ale.. 4 tygodnie do matury.. nie wierzę trochę, no ale trzeba się teraz spiąć :)
    Skoko nie rozgaduj się, bo rozdział!
    Bardzo przyjemnie mi się czytało i super, że (na razie) jest taka milusia atmosfera. Specjalnie napisałam "na razie", bo nie wiem, czy nastawić się, że tak wesoło będzie już do końca, czy może nie. Pozostawiam to Tobie!
    Buziaki Kochana ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. i takie rozdziały lubię, jest milutko fajnie i ładnie♥
    ale znajac Ciebie zaraz coś tutaj wciśniesz złego i się skończy :v

    OdpowiedzUsuń