piątek, 15 września 2017

dwudziesty drugi

Niepewnie otworzyłem oczy. To uczucie, znaczy się niepewność, wzięło się z myśli, że ta noc była tylko i wyłącznie (chociaż lepiej pasuje tu „aż”, bo moje wyobrażenia rzadko wchodziły w tę sferę) wytworem mojej wyobraźni.
Jednak tak nie było, co naprawdę mnie ucieszyło. Gdybym tylko miał taką możliwość, to najpewniej skakałbym po pokoju jak oszalały i fangirlował jeszcze bardziej niż dziewczyny, gdy ich ulubiony piłkarz na nie chociażby spojrzy. 
Ta noc wydarzyła się naprawdę, a teraz byłem tuż obok niej. Najbardziej wyjątkowej osoby, z jaką kiedykolwiek miałem styczność.
Leżała na lewym boku, dzięki czemu mogłem patrzeć się na jej twarz pogrążoną we śnie. Potargane włosy okalały jej cudowną buźkę, a ciało miarowo się unosiło. Lekko się uśmiechała, gdy tylko wodziłem opuszkami palców po jej ramieniu.
Po moim wyjeździe i utracie kontaktu nawet bym nie pomyślał, że znajdę się z nią w takiej sytuacji. Że mi się odda. Że będę tym pierwszym, który pokaże jej lepszą stronę miłości.
Miłości... 
Cholera. 
Nigdy tego nie powiedziałem na głos, w myślach wymsknęło mi się to kilka razy. Dlaczego nie byłem w stanie się zebrać, aby powiedzieć jej te dwa słowa? Aby chociażby tej nocy szepnąć najprawdziwszą prawdę? Że ją kocham?
Odpowiedź jest chyba oczywista: przecież jestem tchórzem. Tchórzem i kretynem.
Nie wiem, czego tu się bać – przecież jawnie mi pokazuje, że nie jestem jej obojętny; że nie jestem tylko przyjacielem z czasów szkolnych. Wybaczyła mi coś, co mogłoby się zdawać, że jest niewybaczalne. A ja? Dlaczego nie jestem w stanie odwdzięczyć się tym, czego zapewne pragnie?
Bo jestem idiotą. Ot co.
- Śniło mi się, że projektowałam dom Ronaldo, dzięki - fuknęła niezadowolona, przysuwając się jeszcze bliżej, dzięki czemu czułem na swojej skórze jej rozpalone, nagie ciało. Drgnąłem, gdy poczułem na obojczyku jej zęby, jakby tak chciała mi się odpłacić za przerwanie jej marzeń. Wywróciłem oczami, obejmując ją ramionami. Tak bardzo się zatraciłem w rozmyślaniach, że zapomniałem o tym, że nieprzerwanie ją dotykałem.
Wtuliłem twarz w jej włosy, układając usta, aby wypowiedzieć ciche „kocham Cię”. 
Czego, zresztą nie po raz pierwszy, nie uczyniłem. To zapoczątkowało ciąg wydarzeń, który zniszczył i ją, i nas.

*


Wraz z końcem kwietnia zaczęła się rozjaśniać moja piłkarska przyszłość. Jeśli tak można to określać, ponieważ z moim szczęściem nie mogło się to skończyć pomyślnie. 
Jednak nie to było najgorsze. Na to jeszcze musiałem poczekać.
Zarząd zaprosił mnie do siebie na przysłowiowy „dywanik”. Mnie oraz mojego agenta. Alessandrze nic na ten temat jeszcze nie mówiłem, bo... po prostu nie wiedziałem, jak się za to zabrać.
W ciągu tego miesiąca spędziliśmy razem tamten weekend i święta. Nasi rodzice nadal nie byli świadomi tego, co jest między nami.
Bo na dobrą sprawę to jak można określać tę relację? 
Alessa była potwornie staroświecka, co potwornie mnie kręciło, a ja... Potwornym tchórzem, który przy każdej możliwości ostatecznie się poddawał. Dlatego trwaliśmy w tej nieświadomości. 
A ona nieprzerwanie na to czekała... Ta dziewczyna to złoto, którego nie byłem w stanie docenić.
Ale wróćmy. 
W biurze przedstawiono mi obecną sytuację, powiedziano o zainteresowaniu ze stron różnych zespołów – jednych lepszych, drugich gorszych. Jednak to się nie liczyło. Stwierdzili, że najlepszym dla mnie rozwiązaniem byłoby opuszczenie Niemiec, co mój agent chłonął jak gąbka wodę. To też na dobrą sprawę nie było dla mnie aż tak ważne.
Nie powiem, opcja wyjazdu do Włoch była czymś kuszącym. I to nieziemsko. Szczególnie z nią... Tym bardziej chciałem się pakować.
Oczywiście także trochę zwlekałem z przekazaniem jej tej – jak to myślałem – „dobrej nowiny”. Czekałem, bo chciałem powiedzieć jej o tym osobiście, a nie przez telefon, czy internetową kamerkę. To byłoby przynajmniej nieodpowiednie i chamskie. 
Nie przemyślałem tego, że umiała korzystać z internetu i nie była taka głupia. Domyślała się, że coś jest na rzeczy. Ale milczała. Bo czekała, aż to potwierdzę, albo – dla niej lepiej – zdementuję... 

Przyleciałem na weekend do Monachium. Nie wiedziała o tym, bo nie powiadomiłem jej wcześniej. Nono znów mi pomagał – zamówił kolejne kwiaty, pomógł także zarezerwować stolik w najlepszej restauracji. Jemu także nic nie powiedziałem o tym, że w lato zmieniam klub. Wolałem, żeby Alessa wiedziała o tym jako pierwsza. 
Myślałem, że przez to będzie dobrze. Albo chociaż trochę lepiej, niż było. 
Próbowałem, starałem się. Standardowo się przeliczyłem. 
Aczkolwiek zacznijmy od samego początku.
Moja walizka została w aucie Kodjoviego, zresztą jak zawsze, gdy do niej przyjeżdżałem. Niby miała moje ciuchy u siebie, ale nie chciałem sprawiać wrażenia bezdomnego i zawsze zabierałem swoje rzeczy.
Zadzwoniłem do drzwi, które otworzyła ona (bo któż inny mógłby to zrobić?). Uwielbiałem obserwować jej zaskoczenie, gdy widziała swoje ulubione kwiaty i mnie. 
Jak zawsze rzuciła się na mnie, zasypując moją twarz masą pocałunków. Przez kolejne piętnaście minut nie była w stanie mnie puścić, na co nie narzekałem. Sam się stęskniłem i to potwornie.
Miałem nadzieję, że nasza rozłąka skończy się wraz z wyjazdem do Włoch. Że będę się budził obok niej co ranek. Co noc będę zasypiał u jej boku po kolejnym dniu z nią.
Nadzieja w moim przypadku jest czymś niemalże zgubnym. 
Ucieszyła się na myśl kolacji poza domem, jednakże udało mi się zauważyć w jej oczach cień strachu. Mogła coś podejrzewać?
Koussou robił nam za kierowcę. Zjedliśmy kolację, dużo się śmialiśmy, popijając najlepsze wino. Nie wiedziałem, jaki moment wybrać, aby jej o tym powiedzieć.
Jednak to zrobiłem. Po prostu musiałem. 
- Alessa. Jest coś, co muszę Ci powiedzieć - niepewnie spojrzałem na nią; odetchnęła ciężej, zaplatając dłonie na stole. Jej twarz zastygła, sprawiała wrażenie, jakby czekała na ostateczny cios. - Opuszczam Borussię, Lazio Rzym wyraża mną zainteresowanie. 
- Wiem, Moritz - wyszeptała. Mogłem się domyślić. - Co chcesz z tym zrobić? 
- Chcę, żebyś pojechała tam ze mną, Al. Nie wyobrażam sobie siebie bez Ciebie. 
Widziałem, jak szklą się jej oczy. Jak drży jej ciało, a wargi próbują ułożyć się w odpowiedź. Długo się do tego zbierała. A ja nie chciałem jej słyszeć. 
- Leitner, kocham Cię, ale nie pojadę tam z Tobą - w pierwszej chwili nie wierzyłem swoim uszom. Powiedziała to. Dokładnie to, co powinna słyszeć z moich ust jak najczęściej się dało.
Podniosłem się z krzesła i kucnąłem przed nią. Schwyciłem jej dłonie w swoje, pomimo tego, że próbowała je wyrwać.
- Al, szaleję za Tobą. Kocham Cię jak kretyn, ale... Nie rozumiem. Co chcesz zrobić?
- Będę sobie radzić tak, jak było zanim znów się pojawiłeś.
- Przecież wtedy sobie nie radziłaś...
- Wówczas Cię to nie interesowało. Teraz... Teraz też tak powinno być. 
Wyrwała swoje dłonie z mojego uścisku i wstała. 
Wstała i mnie zostawiła.
Samego.
Bez niczego.


 pewnie Wasze miny przypominały tak trochę te z powyższego zdjęcia. XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz