Ostatnie miesiące są zdecydowanie do przemilczenia.
Na dobrą sprawę nie wiem, co się działo. Działałem w utartym schemacie, który był czymś jeszcze gorszym, niż życie pomiędzy Monachium a Dortmundem. Wielokrotnie próbowałem sobie odtworzyć wydarzenia z chociażby poprzedniego dnia, ale za każdym razem kończyło się to fiaskiem.
Nie poznawałem sam siebie.
Rozstania z Lisą nawet nie przeżywałem! Kompletnie to po mnie spłynęło, na dobrą sprawę to ucieszyłem się, że ta relacja się skończyła. A teraz? Przecież nie byłem w związku z Alessą. Choć potwornie tego chciałem, w równie wielkim stopniu bojąc się tego.
Na dobrą sprawę to czego, do diaska, się bałem?
Może tej odległości, jaka, oczywiście nieświadomie, narastała z każdym kolejnym dniem? Miałem wrażenie, że jesteśmy coraz bliżej – wszystko to, co działo się między nami, tylko mnie utwierdzało w tym przekonaniu. Jednak było ono mylne. Tak naprawdę Alessa budowała coraz większy mur wkoło siebie. Można by było się spytać: dlaczego? Zrozumiałem to wszystko dopiero tu, w Rzymie. Głównie dzięki zasłudze Nono.
Może jej ewentualnej straty? Nie myślałem o tym, jak wyglądałoby moje życie, gdyby któreś z nas wyjechało, zrezygnowało z tego, czy cokolwiek innego. Może źle zrobiłem, nie próbując sobie tego zobrazować? Dzięki temu może udałoby mi się przygotować na tę pustkę, jakiej teraz doświadczam? W ogóle da się to zrobić?
Próbując wmówić sobie, że jestem dorosły, pokazywałem swoją dziecinadę. Może i zabiegałem o nią, o jej względy, ale co to miało się do wszystkiego? Koussou pewnego dnia powiedział mi, że nie interesowały ją te wszystkie podarki, jakie jej sprawiałem. Wypady do drogich restauracji potwornie ją krępowały. Wolała żebym był. Po prostu. A ja zjebałem sprawę na starcie. Bo mnie nie było, a swoją nieobecność próbowałem rekompensować rzeczami materialnymi. Nie dawałem jej tego, czego tak naprawdę ode mnie chciała.
W porównaniu do niej, większa część odpowiedzialności za to wszystko spadła na mnie. W sumie zasłużenie... Nie spodziewałem się tylko tego, jak wielka kara na mnie spadnie.
Co za kretyn ze mnie. Cóż, sprawdza się, że człowiek myśli dopiero po fakcie, czyli wtedy, kiedy... Kiedy jest już za późno, bo trzeciej szansy przecież nie dostanę. Druga była czymś nie do pomyślenia, a teraz?! Nikt nie ma tak dobrze.
Sam winny temu wszystkiemu nie jestem. Alessa swoje też dołożyła! Przecież mogła już na dzień dobry pokazać, że... po prostu nie chce. Mogła powiedzieć, że to będzie tylko i wyłącznie przyjaźń, bez żadnych „bonusów”. Miała wiele okazji, żeby wyrzucić mnie za drzwi, wyrzucić ze swojego życia... A tego nie zrobiła. W dodatku oddała mi dosłownie wszystko, podobnie, jak ja jej...
Głośno zakląłem, zrywając się z kanapy. Rozejrzałem się nerwowo po pokoju, poszukując czegoś, co sprawi, że oderwę się od natłoku myśli. To leżakowanie kiedyś doprowadzi do mojej zguby, muszę zająć czymś głowę.
Gdy w końcu namierzyłem laptopa, uruchomiłem go, jednocześnie udając się do aneksu kuchennego, gdzie przeszukałem szafki w poszukiwaniach drobnej przekąski. Nieubłaganie zbliżała się godzina drugiego śniadania, podobnie jak zima. Zima pokazująca kolejny falstart w mojej, dość długiej i bogatej, karierze.
Z każdym mijającym dniem uświadamiałem sobie, jak wielki błąd popełniłem, kusząc się na wyjazd do Włoch. Co on mi dał? Kolejną porażkę, tym razem tę najbardziej dotkliwą.
Mogłem pozostać w Niemczech, przecież, jak mówił mi agent, interesowały się mną także rodzime drużyny. Mogłem być zdecydowanie bliżej niej. Kto wie, może nadal byśmy to wszystko ciągnęli?
Mój menadżer teraz też próbuje przedstawić swoją ofertę drużynom z regionu. Nie chcę być daleko od Monachium, znów chcę spróbować. Pomimo tego, że widzę to wszystko w samych pesymistycznych barwach.
Chcąc nie chcąc nadeszły święta Bożego Narodzenia. Przyleciałem do Monachium pełny nadziei i myśli, że może niedługo będę tu jak najczęściej się da. Spodziewałem się tego, że nie spotkam Alessandry, jednak mimowolnie tliło się we mnie coś jak właśnie ta nadzieja, że może stanie na mojej drodze. Przecież nasze mamy nadal się spotykają, jak za dawnych czasów.
Niestety moja rodzicielka sprowadziła mnie z impetem na ziemię. Nie chciałem, ale zabolało.
Był to pierwszy dzień świąt, kończyliśmy jeść rodzinny obiad. Niedługo miałem się zwijać, umówiłem się z Nono i Ivanem na wieczór. Nie liczyłem, że Al znów zachowa się jak szczeniak i będzie próbowała wzbudzić we mnie zazdrość. Czułem, że się nie pojawi, a mama tylko to potwierdziła.
- Chciałam zaprosić Sarah i Alessandrę, ale okazało się, że wyjechały razem na święta i będą dopiero po Nowym Roku. Alessa zrobiła mamie taki prezent, że pojechały w Alpy. Obie zasłużyły na odpoczynek. Po Alessandrze widać było, jak wiele pracy miała za sobą.
Odetchnąłem ciężej, gmerając w talerzu. Dziś wyjątkowo nie miałem ochoty na jedzenie, co w oczach mojej mamy było traktowane jak choroba. W dodatku ta rozmowa...
Pracy? Mamo, Ty wiesz, dlaczego była w takim stanie? Kto ją do tego doprowadził? Nie wiesz? A chcesz wiedzieć?
- Moritz, coś się dzieje? Ostatnio, jak poruszamy temat Alessandry, nagle markotniejesz...
Zajebiście. Jeszcze tylko tego mi brakowało.
- Gdzie tam, zdaje Ci się.
- Pokłóciliście się, czy coś w tym rodzaju?
Mamo, nie! To nie są tematy na rozmowę matki z synem...
Tępo patrzyłem się w talerz, z jeszcze większą intensywnością w nim dłubiąc. Może to ją zniechęci. Myliłem się.
- Moritz, rozmawiałam o tym z Sarą, wszystko wiem.
To zabrzmiało jak cios poniżej pasa. Jak to wszystko wiedzą? OBIE?! Nerwowo przełknąłem ślinę, nieśmiało podnosząc głowę wyżej, żeby móc spojrzeć na kobietę. Zrobiło mi się duszno, ciało zaczęło drżeć...
- To nie tak - jęknąłem, czując się jakbym coś przeskrobał i teraz musiałem się tłumaczyć. Próbowałem zebrać myśli, co poszło na marne – moja głowa nagle stała się pusta, cud, że byłem w stanie cokolwiek z siebie wykrztusić. - Mamo, nawet nie wiem, jak to wszystko wytłumaczyć. Sam chwilami tego nie rozumiem.
Mówiłem nieskładnie, ale mówiłem. Cała nasza historia była i jest tak zagmatwana, że sami jej nie rozumieliśmy. Może to też było powodem, dla którego nie zdecydowałem się postawić tego kroku?
- Nie mam z nią kontaktu od czerwca, bo... o wiele za późno zebrałem się na odwagę. Bo myślałem, że robię dobrze, co tak naprawdę było jeszcze większym błędem.
Mama westchnęła ciężko i podeszła bliżej mnie. Blado się uśmiechnęła, gładząc mnie po włosach, co miała w zwyczaju robić od zawsze.
- Kochasz ją, prawda?
Nie musiała słyszeć werbalnej odpowiedzi. Ona wiedziała.
pomęczę Was tu jeszcze dwa tygodnie, a później... nie wiem, wena ma mnie gdzieś :v

Jejku ale się porobiło. Mo leć do niej i już nigdy nie zostawiaj! Czekam na kolejny ;*
OdpowiedzUsuń