Moritza znałam praktycznie od zawsze. Nasze mamy były – w sumie to chyba nadal są, w końcu obie nadal zamieszkują Monachium, w tych samych domach, obok siebie – bardzo bliskimi znajomymi. Z samym chłopakiem miałam... sporo niesnasek i „sporów”. Ale to głównie w szkole, kiedy przebywał pośród znajomych. W samotności był kimś zupełnie innym. Przecież każdy człowiek ma maski –między innymi tę, z którą idzie do szerszej społeczności i drugą, którą ma dla zdecydowanie węższego grona. Oraz wiele innych, dostosowanych do odpowiednich sytuacji.
W szkole potwornie często sobie docinaliśmy, niemal na każdym kroku. Ale kiedy było trzeba, to potrafiliśmy dogadywać się jak mało kto! Czasem wiedziałam o nim o wiele więcej niż jego znajomi...
Coraz częściej łapię się na tym, że... odczuwam wewnętrzną pustkę. To głupie, nieprawdaż? Nie umiem jej usprawiedliwić. Przecież mam wszystko – mam dobrą pracę, przyjaciół... Może za to odpowiada brak osoby, do której mogę się przytulić? Osoby, która będzie dla mnie wszystkim? Osoby, która mnie kocha? Nie wiem i... i chyba nie chcę wiedzieć.
Wraz z jego przenosinami do Dortmundu, nasze kontakty się urwały. W przeciwieństwie do znajomości z Kodjovim... Nadal regularnie ze sobą rozmawiamy, szczególnie przez internet – Skype, czy Facebook. Ewentualnie Nono przyjeżdża do mnie. Jednakże temat „Moritz” nigdy nie zostaje poruszany. Wie, jak bardzo jestem na niego wyczulona.
Po jego wyprowadzce zauważyłam w sobie wewnętrzną zmianę – stałam się bardziej skryta, cicha... Z nim potrafiłam gryźć się wręcz do kości! Jednakże wiem, że nie czułam do niego nic nadzwyczajnego, wbrew temu, co mówiły nasze mamy. A może?... Nie, gdzie tam.
2009, Monachium
Syknęłam, kiedy oberwałam kolejną papierową kulką w głowę. Profesor Becker nie zawracał sobie głowy tym, aby zabrać się za przeprowadzanie lekcji – najwyraźniej kolejna denna książka dla staruchów nadzwyczajnie w świecie go wciągnęła i miał nas gdzieś. Czy tak wygląda praca przeciętnego nauczyciela?
Odwróciłam się za siebie. Dwie ławki dalej siedział osamotniony Kodjovi, który właśnie ściskał kolejną kartkę z zeszytu. Gdyby nie to, że ławka pomiędzy nami była pusta, to nie ja bym była tą ofiarą.
Chyba 1/3 jego ekipy gdzieś wywiało... Ale czemu mnie to obchodzi? W sumie powinno, bo pewnie mama Moritza będzie chciała, abym podała lekcje jej synowi... Eh, uroki bycia jego sąsiadką i ogarniętą osobą, w przeciwieństwie do jego przyjaciół, którzy wiecznie się uganiają za piłką.
- Nudzi Ci się, co nie? - nie czekając na odpowiedź zadałam kolejne pytanie - Gdzie zgubiłeś swojego kompana? - dobrze wiedział, kogo miałam na myśli.
- Nie, w taki sposób chcę Cię zaprosić do zajęcia miejsca tuż obok mnie. Psorek i tak ma nas gdzieś, przynajmniej spędzę tę lekcję w miłym towarzystwie.
Musiałam przetrawić to, co powiedział chłopak. On chciał, abym z nim usiadła? Określił mnie mianem „miłego towarzystwa”? WOW.
- No ja rozumiem, że ta propozycja to jak gwiazdka z nieba, ale lekcja jest krótka. Chodź - dla zachęty odsunął krzesełko. To jakiś dzień dobroci dla zwierząt? W zwyczaju mieli szukać jakiejkolwiek zaczepki, czy propozycji z tym tak zwanym podwójnym dnem. Ale jak byli osobno, to dało się ich znieść... W trójkę – bo jest jeszcze jeden, młodszy od nas – byli wręcz nie do zniesienia. A osobno... Są nawet spoko.
Z początku rozmowa nam się za zbytnio nie kleiła. Albo ja odpowiadałam zdawkowo, albo on. Później jednak odnaleźliśmy punkt zaczepny, no i... Skończyło się na tym, że olałam wszystko i większość dnia w szkole spędziłam w towarzystwie Nono. W sumie prócz niego był jeszcze ten trzeci... Chyba ma na imię Ivan. Oczywiście z początku nie obyło się bez standardowego dla jego płci komentarza, ale ten dzisiejszy o dziwo po mnie spłynął.
Kodjovi nawet mnie odprowadził pod sam dom! Wow, to takie cuda mogą mieć miejsce?
- Alessa! - zawołała na dzień dobry moja mama. Dźwięk wydobywał się z kuchni. - Andreia się mnie pytała, czy mogłabyś wpaść do Moritza, aby przekazać mu lekcje - ...wiedziałam. Czy on nie ma przyjaciół w tej samej klasie? Ano tak, zapomniałam, przecież Kodjovi do klasowych asów się nie zalicza. Przecież dla niego o wiele bardziej liczy się kauczukowa kula, którą należy wbić do siatki przeciwnika, aby pokazać, że jest się czegoś wart.
- Dobrze... - mruknęłam, stawiając torbę na podłodze. Bo po co mam targać ją do pokoju, skoro ma się później przydać?
Zjadłam obiad, chwilę ochłonęłam, po czym udałam się do domu naprzeciwko. Cząstka mnie chciała go zobaczyć, dowiedzieć się, co się z nim dzieje, czemu go nie było... Reszta była temu przeciwna, zresztą jak zawsze.
- Dzień dobry - uśmiechnęłam się do kobiety, która przepuściła mnie do środka.
- Witaj, Alessandro, jak dobrze, że przyszłaś - posłała w moją stronę uroczy uśmiech. Pani Andreia jest naprawdę cudowną kobietą, przy której nie da się być ponurym. Emanowała taką pozytywną energią, której pozazdrościć jej mógł niejeden człowiek. - Moritz jest u siebie, zaprowadzę Cię. Chcesz może coś do picia?
- Nie, podziękuję - przeszłyśmy przez salon, w stronę schodów, po których weszłyśmy. Przemierzyłyśmy krótki korytarz, aby znaleźć się przed drzwiami z naczepionymi drewnianymi literkami, dającymi napis „Mo”. Znajdowała się na nich wyblakła żółta farba, co symbolizowało, że wiszą tu naprawdę długo.
- Jeśli coś by się działo, lub coś byście chcieli, to jestem w ogrodzie - po tych słowach zostawiła mnie samą na pastwę losu jej syna. Zapukałam do drzwi, bo przecież nie chciałam być niekulturalną osobą. Po uzyskaniu zgody znalazłam się w środku.
Wcale się nie zdziwiłam, że leży jak długi na łóżku. W dodatku gra w FIFĘ na Playstation. Nic nowego u dziecka uzależnionego od takich rzeczy. Przestąpiłam z nogi na nogę, nie odrywając od niego wzroku.
- Wyżyj się, wyżyj, bo nie pograsz na takich boiskach.
- Chcesz się przekonać? - wow, udało mi się oderwać go od gry! - W ogóle hej.
- Cześć - podniósł się i usiadł na łóżku. Na dobrą sprawę wyglądał na zmęczonego. Był blady i miał worki pod oczami. - Chory jesteś, prawda? - zatwierdził mi. - Ale nie tylko to Cię gryzie.
- Skąd to wiesz?
- Jestem dobrym obserwatorem - uśmiechnęłam się blado, wzruszając ramionami. Poklepał wolne miejsce obok siebie, które zajęłam. Torba nadal leżała przy drzwiach i chyba nie miała w planach skupić niczyjej uwagi.
Z początku nie był skoro do rozmowy, zawsze tak było, mimo iż słyszałam z jego ust naprawdę dużo. Momentami ciężko było mu się przestawić z trybu szkolnego na ten bardziej prywatny. Ale próbował.
Tym razem obawiał się swojej przyszłości. Bał się, że TSV nie będzie w stanie zatrzymać wychowanka u siebie. Z jednej strony chciał się rozwijać, ale z drugiej kochał Monachium nade wszystko. To tu się urodził, tu zaczynał grać... Rozumiałam go, też nie byłabym w stanie tak nagle stąd wyjechać, porzucić rodzinę, znajomych...
![]() |
| o, o tę trójkę mi chodziło :D |
trochę tych wspomnień chyba będzie. mam nadzieję, że nie będzie tak źle ;)

Czemu mnie to nie dziwi, że pojawił się tak szybko Ivan... ://////
OdpowiedzUsuńPs kocham te wspomnienia, chve wiecej /W
Melduję się!
OdpowiedzUsuńKochana, jak na pierwszy rozdział, a te z reguły nie są wdzięczne do pisania, to wyszło naprawdę dobrze, świetnie mi się to czytało ^^
Ja tam nie mam nic przeciwko tym wspomnieniom, bo bardzo mi się podobają. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie, jak to rozkręcisz dalej, bo po tobie to się można wszystkiego spodziewać :D
Weny, buziaki :**
Cuuudo *.* ❤❤❤
OdpowiedzUsuńJestem :)
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, że dopiero teraz, no ale.. czas, czas, czas.
Pierwszy rozdział super. Wspomnienia bardzo mi się podobają (mimo, że sama nie potrafię ich pisać xd). Jestem ogromnie ciekawa, co dalej. Będzie super, to wiadomo, ale.. jak ta historia dalej się potoczy to wiesz tylko Ty :)
Życzę weny, buziaczki ;**
Czemu mnie nie dziwi obecność Ivana? :p Rozdział jak najbardziej na plus, jestem ciekawa dalszych losów bohaterów :D pozdrawiam ;*
OdpowiedzUsuń